Czy ewolucja
jest dogmatem religijnym?
| "kiedy nasienie zapładnia jajo, DNA wytwarza własną kopię, która następnie przekazywana jest do nowej komórki. Proces ten jest prawie wolny od błędów i DNA jest wiernie odtwarzana oraz dalej przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ale od czasu do czasu, chociaż rzadko, zdarza się błąd, który określamy jako mutację. Błąd ten zmienia prawidłowy zapis DNA. Staje się on częścią zapisu genetycznego u odbiorcy i może być dziedziczony przez następne pokolenia. Jako że jest to błąd, nieprawdopodobnym jest mniemanie, aby stanowił czynnik doskonalący w tych organizmach, w których się znajduje. W istocie, praktycznie rzecz biorąc, mutacje są zawsze szkodliwe, bezużyteczne lub nawet zgubne. Na szczęście występują one rzadko. Zdarzają się w przybliżeniu w jednej komórce na 100 milionów, chociaż obliczenia bywają różne. [...] Nieprzydatność mutacji do wywołania ewolucyjnego postępu została potwierdzona przez klasyczne eksperymenty, jakie przeprowadzono na muszkach owocowych. Muszki te rozmnażają się bardzo szybko. Poddano je dawkom promieniowania, które zwiększyły częstotliwość mutacji o 15 000%. Po długich doświadczeniach, które obejmowały aż 25 milionów muszek owocowych, odmówiły one jednak przeistoczenia się w coś odmiennego. Oczywiście w trakcie tych doświadczeń pojawiła się ogromna zmienność: karłowate skrzydła, brak skrzydeł, żółte oczy, ślepe oczy, anormalne nóżki i ciała. Były formy groteskowe. Były dziwactwa. Być może największym z nich było to, że w miejsce trąbki wyrosła nóżka. Ale była to noga muszki owocowej, a nie krowie kopyto. Jednak pomimo tych wszystkich zniekształceń były to skrzydełka i ciała muszek owocowych. Nigdy, w żadnym przypadku nie zauważono zaczątku nowego organu jakiegoś innego gatunku. I co najistotniejsze: nieważne jak monstrualny okazał się potomek, był on jednak zdolny do rozmnażania się w obrębie macierzystego pnia, o ile w ogóle tę zdolność do rozmnażania się ujawniał. Oznacza to, iż potomstwo to pozostało nadal tym samym gatunkiem muszki owocowej. Mutacje zdolne są spowodować wiele różnych zmian w organach danego gatunku, ale nigdy nie są w stanie wytworzyć nowego organu. Na przykład mutacja może spowodować przyjście na świat dziecka ze zdeformowanymi rączkami, ale jest to coś zgoła innego niż urodzenie się dziecka ze skrzydłami czy też z kółkami. Ewolucjoniści całą swoją argumentację opierają na twierdzeniu, że od czasu do czasu zdarza się "dobra" mutacja, utrzymywana przez dobór naturalny i że akumulacja tych pozytywnych mutacji wytwarza "nową genetyczną informację" dla dalszego rozwoju ku "górze". Nawet jeśli jedna na tysiąc, czy choćby jedna na sto, jest "dobrą" mutacją, to jednak kiedy weźmiemy pod uwagę rzadkość występowania mutacji oraz szkody wyrządzane przez złe mutacje, to ich występowanie stanowi zupełnie beznadziejną bazę do wysuwania hipotezy o ewolucji w górę. Nie ma ponadto żadnego udokumentowanego przykładu na korzystną mutację. "Dobre" mutacje są bowiem równie hipotetyczne jak cała ewolucjonistyczna idea. Mutacje są nieszczęściem i nie mogły w żaden sposób stać się siłą napędową ewolucji. Przyznaje to wielu uczciwych naukowców. Sam Sir Peter Medawar, członek Towarzystwa Królewskiego i laureat Nagrody Nobla, w swojej książce "The Art of the Soluble" (1967), przyznaje, iż w chwili obecnej nauka nie zna żadnego takiego genetycznego procesu, który mógłby wytworzyć zmiany konieczne dla spowodowania ewolucji." (Johnson 1989:39-41) |
Mimo wielu lat poszukiwań i szeregu przeprowadzonych badań naukowcom NIGDY aż do tej pory nie udało się potwierdzić i udowodnić teorii ewolucji na drodze mutacji. Badania nad muszkami owocowymi okazały się bezowocne (dla ewolucjonistów). Jak na razie genetyka nie potwierdza tego, że jakiś gatunek istot żywych mógłby przekształcić się w jakiś zupełnie odmienny gatunek. Wprost przeciwnie, genetyka wskazuje jasno i wyraźnie, że są pewne wewnętrzne bariery i ograniczenia, których żaden organizm nie może przekroczyć. Skoro więc pod tym względem teoria ewolucji jest sprzeczna z wynikami dotychczasowych badań w dziedzinie genetyki, to co jest potrzebne by nadal ją akceptować? Zdrowy rozsądek i prosta logika? O, nie! Tu potrzebna jest już WIARA...
Ewolucjoniści głoszą, że totalna śmierć i martwota same z siebie zrodziły życie!!! Nic dziwnego, że pewien wybitny biolog, wspomniany już profesor Louis Bounoure, nazwał ewolucjonizm "bajeczką dla dorosłych"... NAUKOWCOM NIGDY NIE UDAŁO SIĘ I NIGDY SIĘ NIE UDA STWORZENIE ŻYCIA W WARUNKACH LABORATORYJNYCH! Gdy doktorowi Sol Spiegelmanowi z Uniwersytetu w Illinois udało się zsyntetyzować biologicznie aktywne RNA (rozpoczął on swój proces od wiralnego RNA i specyficznego enzymu pochodzącego od wirusa) to zapytano go, czy stworzył życie w probówce. Odpowiedź Spiegelmana była jednoznaczna: "Tylko Bóg zdolny jest stworzyć życie". Samo matematyczne prawdopodobieństwo powstania jednego prawdziwego białka tworzącego się przez przypadek jest tak małe, że takie zdarzenie wydaje się niemożliwe nie tylko na ziemi, ale i w całym kosmosie. Dwadzieścia lat temu dwóch byłych ewolucjonistów zmieniło radykalnie swe poglądy, po tym jak sami obliczyli ile wynosi takie prawdopodobieństwo samoistnego powstania czegoś, co mogłoby dać początek życiu. Ludzie ci, to dawniej agnostyk, Sir Fred Hoyle, swego czasu międzynarodowy autorytet oraz Chandra Wickramasinghe, były ateista, profesor matematyki stosowanej i astronomii w University College w Cardiff. Chociaż nic nie wskazuje na to, że stali się oni chrześcijanami, to jednak ich wypowiedzi świadczą o odrzuceniu fundamentalnego założenia teorii ewolucji o samoistnym powstaniu życia. "The Sunday Mail" z Brisbane z dnia 20 września 1981 podawał, że obaj naukowcy stali się "innymi ludźmi. Obaj są wierzącymi". Dalej w artykule czytamy: "To, co przekonało tych obu ludzi, to obliczenia jakie każdy z nich wykonał, jeden niezależnie od drugiego w kwestii prawdopodobieństwa [powstania] życia w sposób spontaniczny. Kiedy obaj skończyli, spojrzeli na wynik prawie z niedowierzaniem. Każdy z nich uznał, że owe prawdopodobieństwo powstania przypadkowo iskry życia na ziemi wyraża się, w matematycznym żargonie, jak 1 na 10 do 40 000 potęgi." Wypowiedź Wickramasinghe'a ukazuje jak w jednej chwili wali się świat ateisty i ewolucjonisty: "Czuję się w tej sytuacji całkowicie skrępowany z powodu stanu ducha, jaki teraz odkrywam w sobie. Nie ma jednak żadnego logicznego wyjścia z tego... Zwykliśmy mieć otwarte umysły; teraz zdajemy sobie sprawę z tego, że jedyną logiczną odpowiedzią na pytanie o powstanie życia jest akt stworzenia - a nie jakieś przypadkowe i losowe wymieszanie materii." Zaś sam Hoyle, ten wybitny astrofizyk teoretyczny, który trafił także do polskiej encyklopedii, stwierdził potem: "Prawdopodobieństwo powstania choćby jednego z polimerów żywych organizmów przez przypadek jest takie samo jak prawdopodobieństwo, że całkowicie wypełniający przestrzeń Układu Słonecznego niewidomi, obracający w rękach kostkę Rubika, ułożą ją prawidłowo i równocześnie".
Całkiem możliwe, iż poniższy rysunek zawiera odpowiedź na pytanie dlaczego dziś tak wielu ludzi wierzy w teorię ewolucji